Jak czekać, żeby nie zwariować?

WAITINGDzisiejszy tekst będzie raczej z serii tych osobistych, ale powstaje pod wpływem potrzeby zajęcia czymś myśli i czasu autora, za chwilę zobaczycie dlaczego. Ostatnio zastanawiałem się co jest dla mnie takim wyzwaniem, które jest trudne do strawienia, a jest elementem koniecznym w drodze ku poznaniu siebie samego i składową tego do czego się dąży. I wymyśliłem, że takim czymś wymagającym jest dla mnie czekanie. Osobiście nienawidzę czekać. Wymyślasz projekt, w którym będziesz brał udział. Czy to będzie aplikacja do jakiegoś programu stażowego czy pracy, czy pomysł spędzenia czasu, może właśnie teraz organizacja tegorocznych wakacji? A może planujesz coś tak po prostu. Przygotowujesz się. Przedstawiasz chęć swojego uczestnictwa. Przychodzi moment podjęcia decyzji. Robisz to no i musisz czekać. Czas, kiedy wszystko co mogłeś zrobić, masz już za sobą i nie zależy od Ciebie nic. Czas, w którym możesz robić co chcesz, ale tak naprawdę Twoje myśli skupiają się na tym co było, a nie na tym co będzie. A może na odwrót, napalasz się na to, że już jesteś w środku, a tak naprawdę nie wiesz czy w ogóle tam Cię wpuszczą. Czas kiedy jesteś sam ze sobą, a w głowie są tylko myśli, które biegną tylko w stronę tego, że chcesz, żeby to co wymyśliłeś się spełniło. Czas czekania to niezmiernie trudny czas. Co zrobić, żeby czas oczekiwania zleciał szybciej? Żeby przesadnie nie przywiązać swojej uwagi do spraw, na które nie mamy wpływu? Jak samemu nie zrobić sobie krzywdy? Trochę o tym dzisiaj.

Żeby dobrze zrozumieć temat, mówię tutaj jedynie o sytuacjach, gdy rzeczywiście jesteśmy w sytuacji, gdy zrobiliśmy wszystko. Nie spodziewaj się efektów, jeśli przewaliłeś cały semestr zajęć i wierzysz w to, że w jeden dzień nauczysz się farmakologii. Jeśli już przegapiłeś coś co mogłeś zrobić lepiej, poprawić, ulepszyć, możliwości Twojej drogi myślowej są dwie.

A nuż się uda …

Są ludzie, którzy przeżywają, że zrobili coś źle. Nie zastanawiają się przy tym dlaczego tak to wyszło. Dlaczego CV, które złożyłeś było kiepskie i byle jakie? Tacy ludzie nie poprawiają się na bieżąco. To schemat myślenia, „a nuż się uda”. Czasami to wychodzi. Czasami Cię wybiorą, czasami trafisz w pytania na egzaminie. Czasami przyfarcisz. W większości przypadków jest inaczej. Po prostu ta bylejakość jest weryfikowana negatywnie i dalszy proces rozwoju zatrzymuje Cię w tym etapie, w którym jesteś. Albo będziesz musiał się cofnąć, albo dostaniesz szansę poprawy od zera. W przypadku egzaminu poprawka, czyli znowu inwestujesz swój czas, żeby zrobić coś co mogłeś mieć już za sobą, ale już coś umiesz (chyba) i zaczynasz kopać głębiej. W przypadku pracy dostajesz kolejną ofertę pracy, ale zaczynasz od czystej kartki. Możliwością wyjścia z tego koła niepowodzenia jest realizacja następnego pomysłu, tylko pod warunkiem, że poprawione zostaną błędy z poprzedniego procesu, które zaważyły o tamtym niepowodzeniu. Inaczej nie ma co się za to zabierać i marnować swój i pewnie też innych czas. Dodam tutaj tylko, że uważam, że proces wdrażania poprawek powinien zachodzić dopiero po uzyskaniu końcowego rezultatu, dalej wyjaśnię dlaczego. Tej ścieżki nie wolno sobie odbierać, dlatego na tym etapie załóżmy tylko, że zmiany wprowadzamy po zapadnięciu klamki.

JA idealny …

Drugą drogą są osoby ‘idealne’, które myślą, że zrobiły wszystko dobrze i muszą czekać na pozytywną decyzję. I to moim zdaniem jest trudniejsze, niż pierwszy przypadek. W pierwszym schemacie masz pole manewru, możesz się poprawić. W drugim przekonanie o zrobieniu czegoś najlepiej jak potrafisz daje Twojej osobie takie wewnętrzne przekonanie, że to właśnie Ciebie wybiorą, że to Ty zasługujesz na nominację, sukces czy pozytywny rezultat. No i widzisz, mój przyjacielu, w takich przypadkach trzeba być ostrożnym. Inną sytuacją jest przykład, gdzie rozwiązujesz 10-cio pytaniowy test, gdzie jesteś pewny swoich odpowiedzi i liczysz na zdany egzamin, od faktu, gdy ten sam test jest pierwszym etapem rekrutacji, a chętnych do jednoosobowego stanowiska jest 1500 albo więcej i liczysz na samym początku, że tą pracę dostaniesz. Nikogo nie mam zamiaru zniechęcać, wręcz przeciwnie, jestem bardzo skłonny do pomocy w realizacji nawet najdziwniejszych pomysłów. Sam pamiętam, że w programie Grasz o staż, aplikowałem do pracy w Kancelarii Prezydenta – tylko i wyłącznie po to, żeby poznać osobiście Prezydenta. Po prostu, bo była tak możliwość i bo chciałem. Ale podkreślę tutaj, że zawsze warto realnie patrzeć na swoje umiejętności i dostosowywać swój plan, po pierwsze do potrzeb, po drugie do tego czemu jesteśmy w stanie podołać. Takie myślenie „ja idealny” też potrafi być zgubne, bo może przesłonić nam realny obraz swojej sytuacji.

Jadę czy idę ?

Ważna jest tutaj kwestia zmiany mentalności i taki proces nie zachodzi od razu. Pyk i jestem nastawiony na efekty i rezultaty, ale przy tym nie umiem nic szczególnego. To są lata, gdy budujesz swój warsztat, potem wieszasz narzędzia, aby na końcu wejść i zbudować swój motocykl i pojechać po swoje marzenia. Jeden zbuduje motocykl, drugi hulajnogę, trzeci nic, a czwarty kupi bilet na samolot i teraz spójrz. Większość z nich dotrze do tego samego celu. Najszybciej gość od odrzutowca, ale ten był leniwy albo bogaty, a jak mówi przysłowie, kto bogatemu zabroni. Ten dojedzie popatrzy szybko się znudzi i wróci. Nie włożył w ten proces odpowiedniej ilości wysiłku, żeby docenić to co osiągnął. Ten od motocykla będzie drugi. Będzie jechał szybko, bo po to zbudował motocykl, żeby jechać szybko. Nabył umiejętności, żeby to zrobić, zainwestował czas i pewnie pieniądze, żeby teraz szybko wziąć swoją nagrodę. Gość od hulajnogi dojedzie trzeci. Będzie jechał wolniej, ale po drodze będzie miał czas, żeby się dużo nauczyć. Początkowo poszedł na łatwiznę, bo nie wykorzystał wszystkiego, co miał w warsztacie. Droga zajmie mu o wiele więcej czasu. Ale sama droga będzie spokojna, przyjemna, zwykle stabilna. To też jest rozwiązanie. Pamiętaj jednak, że co by nie zrobił, będzie narzekał, że boli go noga od odpychania się i będzie miał w głowie to, że mógłby teraz jechać wygodniej motocyklem. Ostatni pieszy luzak. Wyszedł tak jak stał, autostopowicz sukcesu. Możliwe, że dojdzie tam gdzie sobie wymyśli, a może zupełnie gdzie indziej. Takie założenie jest wygodne, ale nie prowadzi Cię tam gdzie sobie wymyślisz. Najczęściej nie poprowadzi Cię założoną drogą. Możliwe, że będziesz się bał o to co Cię spotka w trakcie.

Uważaj, bo się spalisz

Wracając do czekania, zdarza się tak, że terminy są odległe, a zrobisz wszystko przed czasem i jest cisza przed burzą. To jest niestety ciężka praca z samym sobą. Ze swoim stresem, czasami strachem, możliwe, że nawet wkurwieniem. Długie godziny spędzone z samym sobą. Ja mogę Ci pokazać co włożyć do plecaka, ale nie zamierzam go za Ciebie nieść. Pracując z kilkoma znajomymi nad ich pomysłami, zauważyłem, że ludzie strasznie się nakręcają, jak tylko wyczują możliwość pozytywnych rezultatów. Ale to nie są takie proste efekty jak to, że po prostu będzie fajnie. To musi być efekt konkretny, przynoszący korzyść dla tej osoby. W jakiej jednostce zostanie to określone to już sprawa personalna i czy to będą pieniądze, czy jakaś wygrana, podpisanie się pod sukcesem, podanie ręki prezesa czy prezydenta to nie ma najmniejszego znaczenia. Ważne jest to uczucie kiedy już czujesz pismo nosem.

Mój siedmiodniowy kasownik

Na sam koniec powiem Ci, jak ja radzę sobie z czekaniem. Dzisiaj dla przykładu, czekałem na wyniki pewnego programu stażowego, o którym więcej szczegółów przedstawimy wkrótce i na pewno wrócę do tego tekstu w odpowiednim momencie. Jeden z etapów zakładał trzydniowy okres ogłoszenia wyników, które przed chwilą zostały ogłoszone. Pierwszy dzień czekania minął bez problemu, w drugim byłem zajęty więc z głowy, a dzisiaj już mnie rozrywało. Rano co chwilę sięgałem po telefon, sprawdzałem maila i pomyślałem sobie, że to nonsens i trzeba wrócić do standardu. Dlatego, żeby odciągać się od takich myśli zawsze ostatnie godziny czekania zajmuję się czymś. Czymkolwiek. Dzisiaj postanowiłem spędzić je na pisaniu. Napisałem kilka stron doktoratu i ten krótki artykuł. Godziny lecą i człowiek się nie męczy. To mogło być wyjście na spacer, siłownię, praca w biurze, jazda na rowerze, spotkanie ze znajomymi, oglądanie meczów Euro, cokolwiek co zaangażuje Cię bardziej o samego procesu czekania. Można nawet pójść spać i odpocząć. Czas zleci i jeśli projekty, w które się włączasz są terminowe to moment ogłoszenia decyzji przychodzi nieuchronnie i tego nie przyspieszysz, dlatego nie warto się spinać. Innym ciekawym pomysłem, który rozwiązuje ten kłopot, jest zaangażowanie swojej uwagi w taki sposób, w którym nigdy nie czekamy. Jeden temat przeplata się z innym i tak nasza uwaga zawsze jest skupiona na czymś. Tą metodę stosuję zawsze, kiedy chce podwyższyć swój poziom uwagi i koncentracji nad projektem, ale od razu bardzo ważna rzecz jest to sposób który wymaga dużo sił, zaangażowania, motywacji i chęci. Potem zdarza się, że trzeba odpocząć przez dłuższy czas i w ten sposób nie da funkcjonować na dłuższą metę, także to tylko od czasu do czasu. Biorąc pod uwagę kwestię zmian w swoim procesie podejścia mam taką zasadę, że nie wprowadzam ich natychmiast. Będąc kiedyś na szkoleniu została zapalona we mnie idea i generalnie byłem bardzo nastawiony na wdrożenie jej w życie (szkolenie zakładało wprowadzenie obowiązkowej, codziennej weryfikacji w celu poprawy uzyskiwanych rezultatów). Od razu chciałem spróbować, bo gościu, który to prowadził miał ogromną moc i zaszczepił mi pomysł, który jak się potem okazało zupełnie mi nie odpowiadał, a potem doszedłem do wniosku, że nawet mnie nie interesował. Bo nie musiałem wtedy tego robić codziennie, o tej samej godzinie. Mijało się to z celem i założonym rezultatem. Potrzeba czasu, żeby ochłonąć i żeby idea dojrzała, niż napalić się i biegać jak idiota robiąc rzeczy, które nie mają sensu. Stąd pomysł i zasada, żeby zawsze pomysły i nowe projekty w odpowiednio długim czasie (dla mnie to 7 dni) weryfikować. Jak w kasowniku, jak coś nie zgrywa się z potrzebami to kasujemy i już. A jeśli po tym czasie, to co chcemy zrobić, jest nadal interesujące to wygląda na to, że rzeczywiście warto podjąć wyzwanie.

To tyle na dzisiaj. Jeśli macie jakieś fajne sposoby „palenia czasu” chętnie się z nimi zapoznam.

Serdecznie pozdrawiamy,

Grupa deMedici.pl

Autor tekstu: Krzysztof Słomiak

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>